Mieszkanie uniwersalnie idealne nie istnieje. To ważne. To nie tak, że bez ograniczonego budżetu można mieć wszystko. Wystarczy pomyśleć, że nie każdy marzy o domku pod miastem, nie każdy marzy o penthousie w centrum. Ustalenie własnych potrzeb jest najważniejsze.
I do mnie w końcu przyszedł moment pewności i ostatecznej decyzji, że chcę swój własny "dom". A od niego poszło już z górki, dlatego, że moje potrzeby zostały określone oraz zostały im nadane priorytety. Czy pomogła mi w tym wiedza z zakresu architektury, czy doświadczenie mieszkania w życiu (licząc lokalizacje na minimum pół roku) w 12 miejscach, a może ukształtowało mnie miejsce, w którym spędziłam najwięcej czasu - nie jestem pewna, ale nie jest to istotne.
Z mieszkania z rodzicami wyniosłam to, że lubię wszędzie móc dojść (w małym mieście to jednak mniejszy kłopot), że nie lubię gdy słońce świeci mi prosto w okno, że lubię mieć własny kąt, choćby nie był największy, że mam dużo rzeczy różnego rodzaju, bo wszystko może się przydać (z tym walczę).
W późniejszym czasie wiele się potwierdziło. Zawsze trudno było mi mieszkać gdzieś, gdzie byłam skazana na komunikację miejską i rezygnowałam czasem z ciepła w mieszkaniu lub wyższego standardu, żeby być bliżej centrum. Największym hitem było moje mieszkanie na Erasmusie, gdzie na uczelnie miałam dosłownie 3 minuty na piechotę, ale spałam w malutkim przechodnim...schowku? No cóż, było i tak wystarczająco drogo. Priorytety i jeszcze raz priorytety.
Budżet to ograniczenie, które może nie pozwolić zaspokoić wszystkich potrzeb na tym samym poziomie, dlatego warto ułożyć je w kolejności. W moim przypadku wyglądało to mniej-więcej tak:





